zwykła czcionka większa czcionka drukuj
szukaj

Blanche to Marie

Grudniowa premiera w Teatrze Polskim "Blanche i Marie" to opowieść o dwóch kobietach - najsłynniejszej histeryczce i najsłynniejszej badaczce XIX wieku. W Blanche były duże pokłady metafizycznych pierwiastków, a Marie pierwiastki odkryła. Mowa o nikim innym, tylko Marii Skłodowskiej-Curie i Blanche Wittman.

Ta pierwsza jest wszystkim znana, ale za to druga w przedstawieniu debiutującego Ibera, przyćmiewa ją całkowicie. Była pacjentką profesora Charcota, podczas jego badań nad leczeniem histerii. A właściwie - histeryczek, i używam tu formy żeńskiej nie bez powodu, bo XIX wiek nie przypisywał tej choroby mężczyznom. Spektakl jest więc, poza wszystkim, także próbą opowiedzenia o pozycji kobiet w tamtym świecie albo miejscu kobiety w ogóle.

"Poza wszystkim", a więc i poza próbą przeniknięcia do umysłu Blanche i stanu jej świadomości. Poza toczącym się między Freudem a Charcotem, sporem o psychologię i fizjologię. Poza próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego boimy się pokierować własnym życiem, zareagować, wyjść z inicjatywą, zdobyć się na jakiś krok; dlaczego tarzamy się ciągle we własnym marazmie. W efekcie wszystkich tych zagmatwanych historii, Blanche stwierdza w końcu: "całe życie przeminęło, a człowiek nie zrobił tego, czego naprawdę pragnął". Punkt za wielowymiarowość.

Chociaż nie ma pewności, że kobiety przyjaźniły się rzeczywiście (na temat ich znajomości znaleziono tylko jedną notatkę), spektakl tak stworzony sprawia, że my, widzowie, bardzo byśmy chcieli widzieć je jako faktyczne towarzyszki niedoli. Choć tak od siebie różne, przyciągają się nawzajem, i przyciągają uwagę publiczności. Choć Blanche jest temperamentna, impulsywna, żyje w świecie fantazji i marzy o odnalezieniu sensu dla tego życia - świetnie porozumiewa się z zimną, analityczną Marią. Jest jej doradcą i spowiednikiem - bo choć wydawałoby się, że męska, stanowcza badaczka nie ma problemów, z którymi mogłaby poradzić sobie egzaltowana Blanche - coś w doskonałej grze Marty Zięby przełamuje ten obraz polskiej noblistki. Tym "czymś" jest miłość do kochanka. Samo wspomnienie o niej, przemienia Skłodowską w kruchą istotę, a w miarę rozwijania się opowieści o namiętnym uczuciu czyni ją coraz bardziej podobną do Blanche.

Blanche i Marie TEATR POLSKI Wrocław

Inna sprawa, że "Blanche i Marie" jest przede wszystkim opowieścią o tej pierwszej. Większość spektaklu, to histeryczne wizje Blanche, opowieści z jej głowy; trudno więc domyślać się, co jest faktem, a co jedynie wymysłem kobiecej wyobraźni. A może Blanche to Marie, i obie - przeciwstawne jej twarze wypływają na wierzch spod dłoni Cezarego Ibera, jedna pod postacią Anny Ilczuk, druga - Marty Zięby. Faktycznie przecież najsłynniejsza pacjentka Charcota nazywała się Marie Wittman, a Blanche to przyklejone do niej imię. Wielopoziomowość percepcji Blanche, jej empatia i nadzwyczajna nostalgiczność pozwalają dopuszczać taką interpretację. Nie jest też niczym dziwnym, że kobieta ma wiele twarzy. I choć z myślenia mężczyzn XIX wieku wynika, że nie potrafi nad nimi zapanować, to ze spektaklu wynika jasno, że przynajmniej próbuje. Właśnie Blanche i Marie próbują, a właściwie - próbowały, bo to, co oglądamy, jest ich relacją zza grobu - wszyscy bohaterowie bowiem od dawna już nie żyją. Co innego, że w czasach, w których dane im było te próby podejmować, nie miały szans na powodzenie. Zdaniem mężczyzn, kobiety nie mają mocy tworzenia siebie samych, są jedynie przedmiotem badań. Wiem, zabrzmiało banalnie. Ale w obliczu owianego złą sławą szpitala Salpetriere, wszystkie truizmy nabierają nowego znaczenia. Tym bardziej na tle opowieści Blanche o tym, że wszystkie badanie tam kobiety wychodzą zapłodnione. I wcale nie zdrowsze. One twierdzą zaś, że wszystko, co złe, "nie stałoby się, gdyby były mężczyznami".

Chociaż spektakl jest statyczny, inscenizacyjnie nawet bierny, to coś w jego surowej skromności zmusza do skupienia. Podjęcie wyzwania polega na skrzętnej analizie każdego słowa, bo to wydaje się kluczem do rozwikłania sensu "Blanche i Marie", ale też jest najtrudniejszym zadaniem. Dialogi, wypowiedzi każdej z postaci, ich spory i wspomnienia, opowieści, odczyty z żółtego zeszytu Blanche, budują atmosferę dziwnego napięcia, może nawet niepokoju. Jest wielka tajemnica między bohaterami, którzy się sobie przypatrują, nie chcąc powiedzieć wszystkiego, ale ostatecznie mówiąc zupełnie niechcący. Przedstawienie przypomina panel dyskusyjny, zebranie, a nawet sąd.

Tylko właściwie nad kim ten sąd? Skłodowska "wymordowała pół Japonii", ale zarzucający jej zbrodnię Freud próbował w szpitalu Salpetriere "reżyserować teatr", skądinąd okrutny. Blanche zabiła swego ojca, ale on za to dokonał aborcji na jej dziecku, a własnym wnuku. Wszyscy są sądzeni i szukają w sobie winy. Żadne z nich nie potrafiło za życia podjąć walki, i pozostało im tylko rzucać się sobie do gardeł. Freud w całym tym pośmiertnym obłędzie próbuje samemu sobie wykonać psychoanalizę, a w rękach widza pozostaje zrobienie jej wszystkim postaciom spektaklu. A łatwo nie będzie. I to jest największa zaleta "Blanche i Marie".

Minimalistyczna scenografia potęguje wrażenie pustki, osamotnienia - wszystkich tych trudnych uczuć, za którymi stoją bariery kontaktów międzyludzkich, tragiczne nieporozumienia kochanków, hermetyczne postrzeganie płciowości, trudność odnalezienia się w świecie. Wybory, których dokonanie nie jest żadnym wyborem, bo jako ludzie jesteśmy już zdeterminowani przez innych ludzi i boimy się na cokolwiek nie godzić.

Genialne aktorstwo! Subtelnie wydobywane na wierzch i wyważone, odkrywane krok po kroku, uderzające w kulminacyjnym momencie. Michał Opaliński w roli Freuda jest absolutnie trafiony, wypełnia postać sarkastycznego psychiatry całym sobą i wiele też od siebie dodaje. Rola Blanche jest chyba najlepszą jak dotąd rolą Anny Ilczuk, choć nie przyćmiewa ani Zięby, ani Cichego. No i Rasiakówna w roli Jane. Jej show trwa zaledwie kilka minut, ale zrobić show z czegoś, co trwa kilka minut, potrafi przecież tylko ona. W wysublimowanym, lekkim aktorstwie zamknął się cały spektakl i dzięki niemu jest zdecydowanie wart obejrzenia.

Powściągliwość tego spektaklu buduje wrażenie lekkiego niedomówienia, niewypowiedzianej na głos tajemnicy. Wszystko dzieje się jakby za mgłą, jakby było jedynie histeryczną wizją. Oszczędność inscenizacyjnej symboliki, bo cała symbolika zamyka się w słowach. "Blanche i Marie" Cezarego Ibera to rękawica rzucona pod nogi wymagającego widza. Nie ma innego wyboru, jak schylić się po nią i stawić czoła intelektualnej potyczce z teatrem. Naprawdę warto, tym bardziej, że jest to triumf debiutantów, a rośnie nam naprawdę cenna kadra.

Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
8 grudnia 2011

Teatr Polski (Wrocław)
Per Olov Enquist
"Blanche i Marie"
według powieści "Opowieść o Blanche i Marie" ("Boken om Blanche och Marie") oraz dramatu "Blanche i Marie" ("Blanche och Marie")
opracowanie tekstu i reżyseria: Cezary Iber
scenografia: Paula Jaszczyk
kostiumy: Agnieszka Stanasiuk
reżyseria światła: Jędrzej Bączyk
wizualizacja: Michał Jankowski
muzyka: Maciej Zakrzewski
konsultacja wokalna: Magdalena Śniadecka-Skrzypek
występują: Sylwia Boroń, Bożena Bukowska, Anna Ilczuk, Martina Rampulla, Halina Rasiakówna, Marta Zięba, Wiesław Cichy, Michał Opaliński
premiera polska: 2 grudnia 2011 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP