zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Bo do tanga trzeba... chociaż jednego

Teatr Bagatela słynie ze świetnych spektakli komediowych oraz legendarnych już fars, wystawianych z powodzeniem od wielu lat. Od czasu do czasu sięga po klasykę. Z różnym skutkiem (ostatnie wariacje szekspirowskie wg mnie były całkiem udane). Teraz mierzy się Mrożkiem, który chce czy nie chce - klasykiem już jest. W przypadku realizacji "Othella" i "Hamleta" byłem mile zaskoczony. Nie dziwi zatem fakt, że apetyt na "Tango" miałem duży. Czy wyszedłem najedzony?

Zacznę od tego, co było w tym spektaklu najlepsze, czyli od scenografii. Na scenie przekrojone w poprzek mieszkanie typowego bloku z wielkiej płyty. Sądząc po rekwizytach, urządzeniu poszczególnych pomieszczeń, umeblowaniu, dodatkach, itd., rzecz dzieje się gdzieś w połowie lat 90. Groteskowy rozgardiasz salonu znanego z dramatu został zastąpiony groteskową retrospekcją na temat czasów nie do końca minionych.

Tango TEATR BAGATELA IM. T. BOYA-ŻELEŃSKIEGO Kraków

Naszych bohaterów zastajemy w niedzielny (?) poranek. Wszyscy, bez wyjątku, okropnie skacowani. Odgłos bąbelków uciekających z wody mineralnej plus leniwie poruszające się, prawie statyczne postacie, to obraz pola po bitwie. Ale nie o alkohol tu chodzi. Raczej o egzystencję. Cała rodzina wydaje się najwyraźniej totalnie zmęczona życiem - cała oprócz Edka. Ten, pałaszując bez ogródek kostki cukru, sił ma wiele (na myśleniu raczej ich nie stracił).

Zredukowanie akcji dramatycznej oraz dialogów postaci do minimum nie wyszło temu spektaklowi na dobre. Rozumiem zamysł reżysera, który najwyraźniej chciał w anatomiczny sposób ukazać rozkład społeczeństwa, niezdolnego praktycznie do żadnych działań. Niestety to, co mogło być ciekawym elementem, zamieniło się w sekwencję poszatkowanych, statycznych scen (dosłownie statycznych). Akcji nie ma w ogóle, postacie bardzo długo siedzą nieruchomo, prowokacyjnie "nie grają". Wypowiadane słowa mają raczej charakter monologów, których reszta i tak nie słucha. Pomysł może i dobry, ale jako chwyt, a nie pomysł na cały spektakl. Przeciągane do bólu pauzy zaczynały po pewnym czasie po prostu nużyć i irytować.

Rusza się za to Ala. I to aż za dużo. Potraktowana dość infantylnie, odgrywa rolę przygłupiej nastolatki. Poza tym powierzono jej zagadkową rolę w spektaklu - pomiędzy kolejnymi sekwencjami (inaczej tego nazwać nie można) gasną światła. Wtedy na scenę wkracza Ala ze świecącą kuleczką w dłoni (skojarzyłem ją ze świetlikiem, ten jednak świeci inną częścią ciała) wykonuje ekwilibrystyczne ruchy, rozstawiając postaci w określonych miejscach sceny. Sygnał jednoznaczny - to ona jest tu reżyserem, decyduje, co teraz zostanie odegrane. Wizja zależności losów scenicznego (i nie tylko) świata od nastoletniego, lekko mówiąc, nierozgarniętego para-świetlika, nie jest zbyt optymistyczna. Bo też cały spektakl ma dość pesymistyczny wydźwięk.

Tango TEATR BAGATELA IM. T. BOYA-ŻELEŃSKIEGO Kraków

Wracam do plusów. Najlepszą sceną spektaklu jest artystyczny występ Stomila. Świetnie zagrana, zabawna, pomysłowa. Trochę z ducha Monty Pythona. Centrum artystyczne niespełnionego awangardzisty umieszczone w toalecie to też strzał w dziesiątkę. Występ matki jako Marylin Monroe to kolejny plus spektaklu - mocno przekonujący pokaz rozpaczy połączonej z rezygnacją. Widzimy, jak bardzo nie chce być w tym świecie. Mile zaskoczyła scena wspólnego posiłku. Miała coś z formy Gombrowicza i paranoi filmów Davida Lyncha. Mieszkanie zamienia się w dom wariatów, a jego bierni, leniwi egzystencjalnie domownicy, w niebezpiecznych oprawców biednego Artura.

Skoro już wspomniałem o najbardziej znanej postaci tego dramatu, warto napisać o niej coś więcej. Nie ukrywam, że pomysł na Artura budzi mój opór. Zredukowany w swoim zachowaniu do absolutnego minimum, jest typem skrajnego introwertyka. Moim zdaniem tu popełniono błąd. Niewykorzystanie potencjału mocno emocjonalnego aktorstwa Wojciecha Leonowicza (obłędny Hamlet), mocno zubożyło całe przedstawienie. Nie wydaje mi się, by diagnoza postawiona przez reżysera była prawdziwa. Jestem przekonany o tym, iż dzisiejszy Artur upominałby się o swoje racje dużo mocniej, niż jego literacki pierwowzór. Tymczasem widzimy zrezygnowanego, zaszczutego chłopaka, którego nawet w wyznaniu miłosnym wobec Ali musi zastąpić głos z głośnika.

Kreację Edka trzeba zaliczyć do udanych. Nie jest natrętnym chamem, nie jest też podstępną szują. Edek w Bagateli to mistrz irytacji, że tak ją nazwę, pośredniej. Jest jak lokator, którego nie cierpimy, a potrzebujemy do zapłacenia czynszu. Nieznośny w swoim milczeniu, denerwujący w niedziałaniu.

Na koniec - o jednym zupełnie niepotrzebnym zabiegu. Dodanie trzech bezimiennych, prawie niemych postaci do akcji nie wniosło nic, a denerwowało swoją obecnością. Nie chcieli się przedstawić, to ja też przedstawiać ich nie będę.

Dziwne to "Tango" w Bagateli. Pesymistyczne i ostentacyjnie niedramatyczne. Dziwni są też bohaterowie w tej realizacji. Totalnie zrezygnowani, jak gdyby wyciągnięci siłą ze swoich łóżek do ponownego odegrania, że niby im się coś tam chce, że niby mają jakieś cele. Jak nam odpowiadają? Oto zakończenie: wujcio zaprasza Edka do tańca, wszyscy czekamy z niecierpliwością na tę słynną scenę. Co dostajemy zamiast la cumparsity? Rachityczne podrygi z gatunku "o 4 rano na weselu". Nic im się nie chce. Tanga nie zatańczą, bo po prostu nie umieją.

Piotr Gaszczyński
Teatralia Kraków
14 lutego 2011

Teatr Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego (Kraków)
Sławomir Mrożek
"Tango"
reżyseria: Piotr Waligórski
scenografia: Joanna Schoen
opracowanie muzyczne: Piotr Waligórski
reżyseria świateł: Marek Oleniacz
asystent reżysera: Paulina Napora
obsada:
Wojciech Leonowicz - Artur
Alina Kamińska - Eleonora
Dariusz Starczewski - Stomil
Alicja Kobielska - Eugenia
Paweł Sanakiewicz - Eugeniusz
Marcel Wiercichowski - Edek
Małgorzata Piskorz - Ala
Paulina Napora - Ciotka
Marek Bogucki - Wujek
Marcin Kobierski - Siostrzeniec
premiera: 4 lutego 2011 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP