zwykła czcionka większa czcionka drukuj
szukaj

Kiedy Polak okno zamknie, to otwiera drzwi

Pamięć o wojnie nie musi być patetycznym wspomnieniem heroicznej walki z okupacją. O tym przekonał nas film Wojciecha Jerzego Hasa "Jak być kochaną" już w 1962 roku, na cztery lata przed narodzinami legendy Czterech Pancernych. Tworząc spektakl pod tym samym tytułem, Agnieszka Jakimiak i Weronika Szczawińska przełożyły to pozbawione martyrologii spojrzenie na wojnę na zupełnie nowy, nietradycyjny język.

Rzucało się na klawiaturę dokończenie poprzedniego zdania: "nietradycyjny język teatru". Nie, nie można tak jednoznacznie stwierdzić. Tekst Jakimiak to niemal partytura, której realizacja na scenie w spektaklu Szczawińskiej brzmi i wygląda w pewnym sensie jak musical. Co prawda, tańca w klasycznym rozumieniu ze świecą tu szukać. Ale precyzyjna, rytmiczna choreografia aktorów wydaje się nieprzypadkowo całkowicie podporządkowana ich scenicznym replikom. A te z kolei ani przez chwilę nie przypominają zwykłych partii dialogowych czy monologowych, służąc za to jako zwrotki i refreny tekstu sztuki, niezwykle melodyjnego i rytmicznego. "Jak być kochaną" pod tym względem przypomina teksty i spektakle Philippe'a Minyany czy Iwana Wyrypajewa. Idąc - świadomie czy nie - ich inscenizacyjnym śladem, Szczawińska nie reżyseruje aktorskiej gry, a nastraja aktorów na podobieństwo muzycznych instrumentów. W "Jak być kochaną" nie ma psychologicznie umotywowanej gry aktorskiej - jest melodyjnie wypowiadane słowo.

Jak być kochaną BALTYCKI TEATR DRAMATYCZNY Koszalin

Aktorzy są tylko instrumentami, służącymi melorecytowaniu tekstu. Refren, zwrotka, refren, zwrotka... Mnogość powtórzeń. I dźwiękowy chaos, jakby melorecytacja aktorów wybrzmiewała z zacinającej się płyty gramofonowej. Pocięte, pokawałkowane repliki tworzą kolaż wspomnień z czasów wojny, w warstwie ideowej z wojną niemających nic wspólnego. Wiktor Rawicz, który po zabiciu volksdeutscha był zmuszony ukrywać się w domu kochającej go bez wzajemności Felicji, w spektaklu jest równie daleki od ideału polskiego AK-owca jak w filmie Hasa. Scenę zabicia Niemca przedstawia w sposób zniewieściały, karykaturalny, nieautentyczny. Podobnie i ukrywająca go Felicja nie przypomina Matki Polki, cierpiącej na ołtarzu ojczyzny. Scena, w której napastują ją niemieccy oficerowie, nie ma w sobie nic z tragizmu nawet nie tyle polskiej narodowej nekrofilii, co zwykłego, ludzkiego dramatu poniewieranej seksualnie kobiety.

Ale muzykalność, fragmentaryczność, formalne eksperymentatorstwo spektaklu Szczawińskiej zagłuszają wszelki patos, wszelki tragizm. Dlatego "Jak być kochaną" nie jest ideologicznym antypolskim, obrazoburczym ciosem wymierzonym w patriotyzm. To po prostu oniryczna pieśń o wspomnieniach, lekka, zwiewna i dźwięczna, na trochę dziecięcy sposób naiwna, pieśń pozbawiona minorowych brzmień. Umuzykalnione wspomnienia Felicji i Wiktora są pokawałkowane, jakby tworzyły na ścieżce dźwiękowej zbitek sampli, pochodzących z różnych utworów. Wrażenie chaosu potęgują jeszcze kalambury, w które bawią się bohaterowie opowieści. Opowieści, której nie da się przedstawić wprost, trzeba zgadywać, pokazywać, dawać do myślenia.

Repliki postaci sprawiają często wrażenie przypadkowych, pozbawionych sensu. I dlatego (z kolei nieprzypadkowo!) nieraz wśród nich pojawiają się tak osobliwe kwestie jak "fifirafa!". Muzyczna jasność i identyfikowalność ujawnia się dopiero, gdy na ścieżkę dźwiękową spektaklu wkraczają triumfalnym, godnym krokiem "Białe róże". Ta bardzo osobista pieśń, opowiadająca przecież o dramacie kobiety, której mężczyzna zginął na wojnie, wywołuje u twórców - jak się zdaje - więcej szacunku niż na przykład typowo żołnierskie, męskie "Czerwone maki". Utwór wychwalający "rząd białych krzyży" pod Monte Cassino postacie wyśpiewują jakby półgębkiem, mimochodem. Sam Anders pojawia się zresztą wyśmiany w jednej z replik, mówiącej o "tętencie kopyt białego konia generała Andersa".

Jak być kochaną BALTYCKI TEATR DRAMATYCZNY Koszalin

W spektaklu brzmią także bardziej zwyczajne, codzienne przeboje z historii polskiej muzyki, w tym "Ta ostatnia niedziela". Najważniejszym jednak przystankiem na ścieżce dźwiękowej "Jak być kochaną" jest - niemal psychodeliczna przez swój spokój - pieśń oskarżenia: "Na zachód, na wschód - nie walczyłeś, na południu - Warty, Bugu, Nysy brzeg - także tam nie było cię, i cię nie było w Armii Krajowej, w Armii Ludowej nie było też, i cię nie było wtedy w Warszawie, w bitwie o Anglię nie było cię". Nuta ironii jest tu oczywista. Finał spektaklu nie pozostawia wątpliwości co do diagnozy polskiej mentalności i recepty, jaką na jej chorobę wypisały Jakimiak i Szczawińska. Scena, w której Wiktor Rawicz zabija się, wyskakując przez okno, została przedstawiona w sposób mało spektakularny i niezbyt chwytający za patriotyczne serce. Mężczyzna przeszedł przez pustą ramę okienną i położył się na podłodze. W scenie finałowej natomiast już żywy Rawicz (taki absurd już nikogo w teatrze zadziwiać nie powinien) wstaje, bierze w rękę tę pustą ramę i po prostu wychodzi ze sceny przez drzwi.

Mentalna nekrofilia, narodowe skłonności samobójcze, eskapizm nie muszą być nieodłącznymi objawami polskiego patriotyzmu. Wystarczy tylko wychodzić drzwiami zamiast wyskakiwać oknem, nie silić się na spektakularne poświęcenia, ale po prostu żyć, najnormalniej w świecie. I na tym zyskają przecież nie tylko "Jasieńko", który nie padnie w wojence nad jarem, czy jego ukochana, która nie będzie musiała wołać żałośnie "wróć z tej wojenki już!". Skorzysta na tym także Polska, uwolniona od nekrofilskiej gloryfikacji klęsk, otrzymując jednocześnie błogosławieństwo na pozytywistyczne, racjonalne, konstruktywne wychodzenie drzwiami, co przecież też może być patriotyczne. I tu "Jak być kochaną" wyraźnie wybija się na tle dwóch innych rozliczeniowych sztuk - "Niech żyje wojna!!!" i "III Furie", kiczowatych, prymitywnych, pseudoartystycznych skeczy kabaretowych najniższych lotów, których jedynym celem jest opluwanie nawet nie tyle wojny, co samej polskości. Jakimiak i Szczawińska przede wszystkim potrafiły oblec treści antywojenne (nie antypolskie!) w subtelną, oryginalną, do końca uzasadnioną i przemyślaną, nowoczesną formę teatralną. Tu nic nie jest osądzone, powiedziane, skrytykowane, wyśpiewane wprost. Czysta sztuka!

Wreszcie, przy percepcji "Jak być kochaną" przychodzą na myśl "Mury", pieśń rzekomego barda "Solidarności", Jacka Kaczmarskiego. "Zwalali pomniki i rwali bruk, ten z nami! Ten przeciw nam! Kto sam - ten nasz najgorszy wróg!... A śpiewak także był sam". Twórcy spektaklu, podobnie jak ów śpiewak, stają z boku historii. Nie są komentatorami zagrzewającymi do ideologicznej walki. Opiewają, oblekają w artyzm wojnę, którą widzą. Nie stają po żadnej ze stron, jak Liber, Strzępka. Nie epatują tragizmem, brutalnością, patosem ani osobistym, ani narodowym. Bo sztuka to nie sztandar ani reportaż w gazecie codziennej. Zamiast: "Jak komu dowalić?" odpowiada na pytanie: "Jak być kochaną/kochanym". W sposób subtelny i zawoalowany wdzięcznie dźwięczną formą.

Maciej Pieczyński
Teatralia Szczecin
Nr 16 (16)
23 kwietnia 2012

Bałtycki Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego (Koszalin)
Agnieszka Jakimiak
"Jak być kochaną"
reżyseria: Weronika Szczawińska
scenografia: Izabela Wądołowska
inspicjent: Hanna Student
asystent reżysera: Artur Pacześny
obsada: Natasza Aleksandrovitch (gościnnie), Artur Pacześny, Aleksandra Padzikowska (gościnnie), Piotr Wawer jr. (gościnnie), Jacek Zdrojewski
premiera: 8 października 2011 r.
KONTRAPUNKT - XLVII Przegląd Teatrów Małych Form, Szczecin, 16-22 kwietnia 2012 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP