zwykła czcionka większa czcionka drukuj
szukaj

I tak wszyscy umrzemy

"Hamlet" - najnowsza premiera Teatru Polskiego w Poznaniu - to próba zmierzenia się z kwestią ludzkiej odrębności i prawa do niezgody. Jest to temat warty zastanowienia, tym bardziej że Paweł Szkotak, dyrektor teatru i reżyser tego spektaklu w jednej osobie, szczególny nacisk położył na wewnętrzne relacje duńskiej rodziny królewskiej.

Spektakl rozpoczyna się degustacją wina, które w kieliszkach rozdzielane jest wśród publiczności - dopiero po jego wypiciu i zebraniu szkła akcja może się rozpocząć. Na wyższej części dwupoziomowej sceny pojawia się Klaudiusz ubrany w garnitur, towarzyszy mu dźwięk i błysk fleszy, wygłasza, niczym podczas konferencji prasowej, oświadczenie o śmierci króla i ponownym zamążpójściu wdowy po nim. Ten chwyt rozpoczynający spektakl od razu uświadamia pewną hierarchię, bo oprócz wyniesienia postaci Klaudiusza, który pozuje na narratora całego dramatu, publiczność od razu karmiona jest przemówieniem pozbawionym emocji, nie zostaje wpuszczona pod powierzchnię zgrabnej formułki, która wyraża jedynie to, co należy wypowiedzieć. Czas i miejsce akcji są tutaj zatem ograniczone konwencjami społecznymi z jednej strony, a wymogami gatunku tekstu (także tego, który formułuje władca) z drugiej. Podejście Szkotaka do inscenizacji oferuje na równi taką właśnie medialną bańkę, jak i kompilacje wydarzeń podobnych tym, które znamy z przeróżnych reality show. Utrzymanie spektaklu w takim ekranowym stylu nie jest zresztą reżyserowi obce - zrobił to już w "Trupie" Erica Coble'a.

Hamlet TEATR POLSKI Poznań

Użycie takiego właśnie przekazu, skojarzenie władzy królewskiej z medialną, nie jest tutaj bez znaczenia - pozwala bowiem odsłonić sztuczność charakterystyczną dla programów na żywo czy "z życia wziętych", które w każdym przypadku są planowane, choćby w jakimś stopniu. Dlatego też - biorąc pod uwagę zarówno tę prawidłowość, jak i otwierający poczęstunek - można postawić pytanie o to, w którym momencie zaczyna się spektakl. Przychodzi mi na myśl przedsięwzięcie reżyserowane przed laty przez Tadeusza Różewicza we wrocławskim Teatrze Polskim, kiedy nagrania rozpoczynały się od wyjścia poety z samochodu, a kończyły na dziesiątej, otwartej próbie "Kartoteki rozrzuconej" - z tą różnicą, że ona nie miała swojej oficjalnej premiery. Możliwość wyrażenia takiej wątpliwości (niezależnie, czy jest to skojarzenie dalekie, czy całkiem bliskie) jest jednak dowodem na to, jak głęboko rozważony został w poznańskim "Hamlecie" topos theatrum mundi. Tutaj grą jest wszystko, do kanonicznego tekstu Szekspira (w świetnie uwydatnionym przez aktorów tłumaczeniu Stanisława Barańczaka) dołożona została świadomość teatralności funkcjonowania społecznego - spętania konwencjami (o których pisał choćby Erving Goffman w tekście "Człowiek w teatrze życia codziennego"). Stąd być może podkreślona świadomość obecności widza (jakkolwiek żadna osoba dramatu nie zwraca się bezpośrednio do niego).

W tym kontekście - pomińmy ewentualne pozerstwo do kamery - podwójnie dramatycznie wypada Hamlet (Michał Kaleta), nieco rozkapryszony i porywczy książę Danii. Szkotak nadał tej postaci niekanoniczny rys - niezgoda Hamleta jest bardzo egotyczna, przypomina dziecięce (acz konsekwentne) tupanie nóżką na zastaną sytuację. Ponadto Hamlet jest sceptykiem - nie wierzy w ludzi (rodzinę, przyjaciół, ukochaną, obcych) ani ludziom, nawet ton jego głosu przepełniony jest pretensją, jest niemal płaczliwy. Dość prostym skojarzeniem dla takiej kreacji jest tytułowy bohater "Hamleta" Radosława Rychcika - tam także nacisk położony został na relacje rodzinne, a książę wykazuje cechy dziecka (choć raczej w stylu gombrowiczowskim). Jednak ten poznański Hamlet cierpi na coś w rodzaju rozdwojenia jaźni - ten sam aktor bowiem gra ducha zamordowanego króla, którego widzą wartownicy (ukazuje się za przesłoną z siatki na wyższej części piętra lub krocząc ponad głowami widzów po prześwitującym suficie złożonym z metalowych raszek). Michał Kaleta, którego trudno ostatnio w Teatrze Polskim wyobrazić sobie w innej kreacji niż monumentalna rola pierwszoplanowa, odgrywa scenę rozmowy z ojcem, który nakazuje zemstę, szamocząc się pośrodku sceny, niekiedy wykorzystując lustro wbudowane w scenografię lub na zmianę odwracając się do publiczności prawym lub lewym profilem. Niestety, zasugerowana na początku świadomość obecności widza w tej scenie nie znalazła potwierdzenia w wierze w możliwości umysłowe bohatera. Ten fragment spektaklu odegrany został niedokładnie, zaginęła gdzieś przejrzystość komunikatu, dwupostaciowość (podwójna mentalność) została wyłożona dość łopatologicznie.

Hamlet TEATR POLSKI Poznań

O dziwo, najciekawszym fragmentem w tym (starannie przetasowanym i przemieszanym, jeśli chodzi o tok dramaturgiczny) spektaklu jest ten, kiedy jeden z ochroniarzy królewskich (Wojciech Kalwat) przeistacza się w grabarza (prawda, że ciekawa metamorfoza?), który znajduje czaszkę Yoricka i tym samym robi miejsce dla ciała Ofelii. Ciekawe, że jest to pogrzeb na wysokościach - cmentarz, ograniczony do jednej kwatery, znajduje się na piętrze scenografii, po prawej stronie, a do tego miejsca prowadzą wysokie schody, na których siedząc, dopiero po wyzwaniu na pojedynek przez Laertesa, Hamlet wygłasza swój słynny monolog. Znajduje się wtedy pod powierzchnią ziemi, podczas gdy kondukt żegnający skremowaną (!) topielicę pozostaje na świeżym powietrzu. Gest obsypania się jej prochami przez księcia zdaje się mówić: i tak wszyscy umrzemy.

Spektakl ten traktować można dosłownie jako zwłokę w przemienianiu się w zwłoki; sugerowana już wcześniej sztuczność sytuacji, ponura, szaro-czarna scenografia, bezradność głównego bohatera, a nawet brak Fortynbrasa jako tego, który następuje "po", wskazują na nieuchronność śmierci. W tym spektaklu nie podporządkowała się jej jednak Ofelia - mimozowata (w każdym sensie) postać grana przez Barbarę Prokopowicz - martwa była od początku. Trudno oprzeć się wrażeniu, że była to najmniej dopracowana rola w całym przedstawieniu, ponadto przyobleczona w rajstopy dziecięca figura aktorki (zbyt pochopnie skojarzona z wrażliwością córki Poloniusza), wymachującej szpadą w rozmowie-pojedynku (!) z Laertesem (ginący wśród innych postaci Mariusz Adamski), i manieryczność jej gry pociągnęły Ofelię na samo dno i bez wianka.

Hamlet TEATR POLSKI Poznań

W najnowszym spektaklu Teatru Polskiego zdarzają się inne przesunięcia, które trudno w sensowny sposób uzasadnić, jak choćby rozmowa przyozdobionego w złoty łańcuch Poloniusza (Wiesław Zanowicz) z Reynaldem (Paweł Siwiak), podczas której zasugerowany zostaje homoseksualny związek pana ze sługą, czy przedstawienie aktorów (Paweł Siwiak i Andrzej Szubski) wystawiających "Śmierć Gonzagi" jako zniewieściałych metroseksualnych mężczyzn (?), przywodzących na myśl pogranicze queerowe. Ta dziwaczność nie przeszkodziła im jednak w odegraniu w ciekawy sposób - przez wplecenie w narrację fragmentów śpiewanych, przypominających lamentację - zleconej im sztuki.

Na pochwałę zasługują także nierzucająca się w oczy, lecz wciąż wyczuwalna kreacja Horacja (Łukasz Chrzuszcz) oraz Rosencrantz i Guildenstern (w tych rolach Piotr B. Dąbrowski i Jakub Papuga), którzy stanowili zgrany, sypiący iskry czarnego humoru duet zaszczuty przez Klaudiusza. Obecni są dłużej, niż przewiduje to dramat, wraz z innymi dotąd zmarłymi przypatrują się pojedynkowi księcia z synem Poloniusza.

Mnogość postaci w "Hamlecie" sprawiła, że aktorzy odgrywający pomniejsze role wcielają się w różnych bohaterów - pytanie tylko, czy jest to zabieg celowy, czy skutek niewystarczającej obsady. Równie dziwną, co irytującą konsekwencją zbudowania niezwykle podłużnej scenografii była swoista nauka chodzenia w tempie, która wprowadzała na scenie chaos i nieco rozbijała spójność akcji. Niewątpliwie jednak najnowszy spektakl Teatru Polskiego w Poznaniu próbuje rzucić inne światło na kanoniczny, inscenizowany już na wiele sposobów dramat Szekspira. Piszę "próbuje", ponieważ mimo wszystko trudno pozbyć się wrażenia, że jest to pogoń za innowacją, towarzyszącą wystawieniu sztuki, którą każdy szanujący się teatr wystawić powinien, a żadna pogoń nie może obejść się bez ran - niezależnie od jej finału.

Joanna Żabnicka
Teatralia Poznań
Nr 18 (18)
7 maja 2012

Teatr Polski (Poznań)
William Shakespeare
"Hamlet"
reżyseria: Paweł Szkotak
przekład: Stanisław Barańczak
scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska
muzyka: Krzysztof Nowikow
kompozycja świateł: Magdalena Górfińska
montaż filmu: Adam Rosołowski
asystent reżysera: Łukasz Chrzuszcz
inspicjent: Elżbieta Bednarczyk
obsada: Piotr Kaźmierczak (Klaudiusz, król Danii), Michał Kaleta (Hamlet, syn poprzedniego króla i bratanek obecnego; Duch ojca Hamleta), Wiesław Zanowicz (Poloniusz, kanclerz), Łukasz Chrzuszcz (Horacjo, przyjaciel Hamleta), Mariusz Adamski (Laertes, syn Poloniusza), Piotr B. Dąbrowski (Rosencrantz), Jakub Papuga (Guildenstern), Paweł Siwiak (Ozryk; Francisco, żołnierz; Reynaldo, sługa Poloniusza; Aktor), Andrzej Szubski (Marcellus, oficer; Aktor; Ksiądz), Wojciech Kalwat (Bernardo, oficer; Grabarz), Barbara Krasińska (Gertruda, królowa Danii, matka Hamleta), Barbara Prokopowicz (Ofelia, córka Poloniusza), Jakub Kurek (Grajek u Bram Świtu)
premiera: 27 marca 2012 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP