Dramat fryzjerski

Teatr Miejski w Gdyni nie spoczywa na laurach. W bieżącym sezonie przygotował już drugą premierę. Po "Urodzinach Stanleya" Harolda Pintera wystawił głośną sztukę Georga Büchnera - "Woyzeck".

Nie wiem, czy Émile Durkheim czytał Büchnera. Wiem natomiast, co ów uczony sądził na temat samobójstwa. Akt desperacji nie rodzi się wewnątrz jednostki - jest wypadkową czynników zewnętrznych. Do tych ostatnich należy zjawisko anomii - osłabienie podstawowych warunków do funkcjonowania społeczeństwa instytucji: państwa i Kościoła. Jedna z interpretacji sztuki nasuwa się sama. Woyzeck - ubogi, garnizonowy fryzjer zabił ukochaną, ponieważ społeczeństwo go skrzywdziło. Regularnie sztorcował go kapitan. Doktor medycyny uczynił z niego obiekt naukowych eksperymentów. Kobieta go zdradziła z Tamburmajorem (Mariusz Żarnecki). Nie dość, że ów oficerski truteń przyprawił golibrodzie rogi, to jeszcze sprawił mu tęgie lanie. Co zatem zrobił tytułowy bohater? Zabił niewierną kobietę. Kat czy ofiara? Co z karą główną? Co sądzić o dekapitacji? Dyskutowano i dyskutuje się nadal.

Natomiast "Woyzeck" doczekał się licznych adaptacji teatralnych i kinowych. Najsłynniejszą z nich okazał się wyreżyserowany w roku 1979 film Wernera Herzoga z Klausem Kinskim w roli głównej. Poprzeczka wisiała wysoko. Natomiast sam tekst dawał twórcom teatralnym spore możliwości.

"Woyzeck"

Jednak gdyńskiej inscenizacji nie należy zaliczyć do najbardziej udanych. Zabrakło przede wszystkim pomysłu na odczytanie dramatu. Nieszczęśliwa historia miłosna? Oskarżenie społeczeństwa? Litość dla prostaczka? Zachęta do rewolucji? Konflikt pomiędzy kulturą a naturą? Wyżej wymienione pozostały potraktowane powierzchownie, nie łącząc się w większą całość. Nie wyszedł z tego romans. Nie dostrzegłem w tytułowej kreacji Dariusza Siastacza rysów romantycznego kochanka - raczej typ "miernego, ale wiernego" poczciwca.

Najmniej podobała mi się Maria (Elżbieta Mrozińska) - niezbyt seksowna, z wymuszonym temperamentem. Sceny z jej udziałem wręcz nużyły. Wręcz zastanawiające, dlaczego ucieleśnienie kobiecych westchnień w oficerskim mundurze miałby zapałać do niej pożądaniem? Zresztą Tamburmajor wypadł dość nijako, a jego popisy z batutą cechowała widoczna niepewność, która niedostatecznie korespondowała z samczym wizerunkiem.

Lepiej wypadły ludyczne sceny jarmarczne: towarzyszące im kuriozalne monstra (małpoczłowiek oraz kobieta w ciuszkach od Beate Uhse) czy pijackie przyśpiewki. Natomiast niespecjalnie przypadła mi do gustu scena z Żydem (Bogdan Smagacki), próbującym sprzedać Woyzeckowi pistolet. Ostatecznie obiektem transakcji handlowej okazał się nóż. Karczmarz rozlewający wódkę, czyli smykałka do biznesu, w każdej sytuacji powiela nachalnie stereotyp synów Izraela, sprzedających naboje Arabom podczas Wojny Sześciodniowej.

Atmosfera, emanująca z przedstawienia, przywołuje wojsko CK i fin de siecle. Woyzeck natomiast z pewnością nie jest ani Dzielnym Wojakiem Szwejkiem, ani równie sprytnym Kanią (kto wie, czy nie najlepsza rola filmowa Marka Kondrata?). Jest na to za mało sprytny, chociaż nie jest kimś głupim. Ukute przez Jana Jakuba Rousseau określenie "szlachetny dzikus" również do tego bohatera z trudem pasuje, chociaż można traktować nieszczęśliwego fryzjera jako produkt uboczny epoki postępu. Dodajmy, że postępu wywalczonego przez naukę i wojsko.

Woyzeck w pewnym sensie przypomina inną postać - bohatera Dostojewskiego - Raskolnikowa. Nie chodzi tu bynajmniej o końcowe sceny spektaklu z narzędziem zbrodni i śladami krwi. Obydwaj dokonują czegoś w rodzaju prywatnej rewolucji. Dodajmy, że rewolucji rozumianej jako powrót do naturalnego porządku. Obydwaj, łamiąc prawo, zostają uznani za zbrodniarzy. Różnica między nimi jest oczywista: Roskolnikow zabija, bo się buntuje (jest zbyt ambitny i inteligentny), a potem godzi się ze społeczeństwem za pośrednictwem religijnej skruchy. Natomiast tytułowy bohater Büchnera, pogardzany i zdradzony prostaczek zabija pod wpływem słów Pisma Świętego. Obydwaj zdają się wyznawać bez ogródek wyznawać prawo, które społeczeństwo również wyznaje, ale którego najwyraźniej się obłudnie wstydzi: prawo natury, prawo dżungli, prawo silniejszego. Jest to jedna z dróg interpretacji, której mi zabrakło w gdyńskim przedstawieniu.

Niestety spektakl nie pozostaje w pamięci zbyt długo. Odnieść można wrażenie, że artyści przestraszyli się porównania do arcydzieła Herzoga. Mówiąc słowami ze świata sportu: przegrali mecz jeszcze w szatni.

Michał Wróblewski
Teatralia Trójmiasto
2 kwietnia 2009

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Georg Büchner
"Woyzeck"
tłumaczenie: Barbara Witek-Swinarska
reżyseria: Katarzyna Deszcz
scenografia: Andrzej Sadowski
muzyka: Olo Walicki
kostiumy: Andrzej Sadowski
Obsada:
Tamburmajor - Mariusz Żarnecki
Andrzej - Filip Frątczak
Właściciel budy, Czeladnik II - Leon Krzycki
Nawoływacz, Żyd - Bogdan Smagacki
Woyzeck - Dariusz Siastacz
Maria - Elżbieta Mrozińska
Małgorzata - Dorota Lulka
Kasia, Babka - Małgorzata Talarczyk
Dziewczyna I, Student I, Obywatel I - Beata Buczek-Żarnecka
Dziewczyna II, Student II, Obywatel II - Olga Barbara Długońska
Stary Człowiek, Obłąkany Karol, Czeladnik I - Eugeniusz K. Kujawski
Kapitan - Stefan Iżyłowski
Doktor - Sławomir Lewandowski
premiera: 7 marca 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP