I co wy, towarzyszko, na taki Teatr powiecie?

Na pewno warto wiedzieć, że we Wrocławiu mamy kolejną alternatywną scenę - Teatr Versus, którego siedziba mieści się tuż za ZOO, przy ul. Wróblewskiego 9. Inicjatywa ta powstała w listopadzie ubiegłego roku i miała łączyć w sobie najróżniejsze formy działalności: spektakle, kabarety, koncerty muzyczne, kino niezależne, wernisaże, warsztaty artystyczne...

"Teatr to miejsce, własne lokum, przystosowane do bieżących projektów - jedno z podstawowych warunków funkcjonowania i rozwoju idei" - tak twierdzą inicjatorzy projektu Versus. A przecież Teatr jest niczym Kościół - oba tworzy przede wszystkim pewna specyficzna społeczność. Ten prawdziwy Teatr - w rozumieniu Sztuki, jako artystycznego zdarzenia, eventu o unikatowej wartości - jest niezmiennie mozaiką ludzi, nie miejscem... By takiemu gmachowi - choćby najpiękniejszemu - dodać duszy i nadać sensu, potrzebny jest Człowiek.

Preferowana przez Versus przestrzeń teatralna oraz zaadaptowana przezeń idea swobody, sprawiają, że najbardziej cierpi w tym wszystkim aktor. Możliwość picia alkoholu oraz palenia w trakcie spektaklu ma swoje walory. Z drugiej jednak strony w ogóle nie szanuje się pracy aktora, widz pozwala sobie momentami na zbyt swobodne komentarze - na jakie nigdy nie zdobyłby się w gmachu teatru instytucjonalnego.

"Fikcyjne małżeństwo" to druga propozycja projektu Versus. Jednak po Teatrze oczekiwałoby się ciut więcej - feerii wzruszeń, pola do refleksji, czy choćby bodźca motywującego do konstruktywnych przemyśleń. Sztuka powinna uskrzydlać, zbawiać, rozwijać odbiorcę, a czasem zaboleć - tylko wtedy coś znaczy. Tymczasem ze sceny wieje nudą, a we znaki daje się mało wyszukany dowcip, na widowni zaś dominują nieco wymuszone uśmiechy.

Fikcyjne małżeństwo TEATR VERSUS Wrocław

"Fikcyjne małżeństwo"
fot. B. Gnypek

Jedyny pozytyw to interesująco zarysowana postać świeżo zaślubionego obywatela o dość charakterystycznym nazwisku (w tej roli Dariusz Lemieszek). Naturalny, naturalnie nieporadny - jak przystało na dojrzałego kawalera, który zawarł fikcyjne małżeństwo. Cała fabuła rozgrywa się w raczej skromnym mieszkaniu mężczyzny, do którego wraca ze świeżo poślubioną małżonką. Z każdym kolejnym słowem para odkrywa, jak wiele ich dzieli i że tym, co popchnęło ich do tego kroku z pewnością nie było uczucie...

"Czasy PRL były niczym podróż transatlantykiem - celu nie widać, rzygać się chce, a i tak na końcu wszyscy umrzemy..." - takie dowcipy padały ze sceny z ust dyrektora teatru. Sama sztuka nie była najtrafniejszym wyborem. Pozbawiona przesłania, mało adekwatna do bieżących wydarzeń, nie jest też ich karykaturą czy choćby komentarzem. Nie stanowi również wiernego odzwierciedlenia czasów zamierzchłych. Wobec tego wydaje się dość bezowocnym zabiegiem inscenizowanie takiego tekstu. Fabuła, oparta na fikcyjnym małżeństwie, zawartym pomiędzy starszym już kawalerem a dość rubaszną kokietką, chcącą zrobić na złość swojemu gachowi - Witce, jest mało zabawna. Toporne teksty i raczej niskich lotów dowcip, w oprawie mało ciekawych komponentów: tandetnej i "plastikowej" scenografii oraz kostiumów - nie przemawiają do widza. Niczym specjalnym nie urzeka również oprawa muzyczna, tu najwyraźniej uznana za zbędną, skoro zupełnie pominięta oraz nieefektowne oświetlenie.

Spektakl ten obudził refleksję nad sensem podobnych przedstawień. Z każdym bowiem oglądem widz ma szansę zetknięcia się z czymś niemal mistycznym, unikatowym, magicznym, innym. Pozwala to wytworzyć każdorazowo specyficzną relację Aktor - Widz. Od tego drugiego wymaga się pewnej szczególnej sprawności intelektualnej, ale również interakcji z grającym. Jeden bez drugiego nie istnieje. Dopiero w zwierciadle odbiorcy, kontemplującego spektakl, kreuje się rola. Każdy więc spektakl może być jedyny i niepowtarzalny; nie da się obejrzeć dwóch identycznych przedstawień - nawet jeśli w tej samej obsadzie. Być może właśnie dlatego Teatr prowokuje do znacznie głębszych refleksji, kształtuje wrażliwość widza. Jest tak cenny, poszukiwany, upragniony. A jeśli ma przybierać błahą rolę rozrywki - niech będzie na najwyższym poziomie, serwując wysublimowany dowcip, symboliczne nawiązania, pobudzające intelekt i apetyt na jeszcze...

Dobrze jest, jeśli Teatr wzrusza, pożytecznie, jeżeli propaguje istotne wartości, czy mobilizuje do głębszych refleksji. Gdy jednak na scenie nie dzieje się nic szczególnie ważnego, czy innowacyjnego - jedyne, co pozostaje to dyskusja. Szkoda jedynie, że nie obudzona tematyką obejrzanego spektaklu, czy poruszaną na jego przestrzeni problematyką. Teatr to przecież niezmiennie feeria wartości, osobiste katharsis - intymne uniesienia i cała gama odcieni emocji z dozą poezji i ze szczyptą magii. Gdy wszystkie te elementy splatają się w jedno - wtedy spektakl pozostawia w widzu unikatowy ślad.

Po co wobec tego Teatr, jak ten - skoro ani o niczym (ważnym) nie mówi, ani też nie niesie innego rodzaju pożytku - rozrywki - spełniając choćby tę najprostszą funkcję?

Koniec sztuki też nie należy do zaskakujących. Sugerując się rekomendacjami na stronie internetowej projektu Versus, można było spodziewać się gorzkiego obrazu lub dowcipnego wspomnienia o zamierzchłych czasach PRL. Tymczasem skondensowany klimat unoszącego się dymu papierosowego, niezbyt czaruje, niewiele ma też z magii. Nie miało się także do czynienia z niezapomnianym przeżyciem plastyczno - estetycznym, z niczym na poziomie. I tylko Witki żal...

Katarzyna Czechowska
Teatralia Wrocław
24 lutego 2009

Teatr Versus we Wrocławiu
Władimir Wojnowicz
"Fikcyjne małżeństwo"
tłumaczenie: Stanisław Deja
reżyseria: Michał Białecki
obsada: Dorota Wierzbicka-Matarrelli, Dariusz Lemieszek
premiera: 16 stycznia 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP