Jednostka kontra lud

Donatien Alphonse François de Sade oraz Jean-Paul Marat to dwa zupełnie odmienne życiorysy z tej samej epoki. Zetknięcie się ich na scenie ukazało dwie filozofie życia - kultu wolności jednostki i życia podporządkowanego idei rewolucji.

De Sade - autor, nie tylko licznych powiastek o miłości, ale i romansów, orgii, spektakularnych ucieczek przed wymiarem sprawiedliwości - w naszych wyobrażeniach zapewne pojawia jako postać ognista, rozpalona, pełna energii i życia. Marat - najbardziej znany nam z obrazu Jacques-Louis Davida - jawi się zastygły, spokojny, zmarły.

Reżyser zdecydował się przestawić te dwa, jakby nie było, jedynie wyobrażenia. Tak oto Marat to "głowa palona pomysłami", wiecznie rozgorączkowany, wiecznie wiercący się, a de Sade - chłodny i opanowany, raczej obserwator niż uczestnik, zimny komentator.
Postaci te, by nie dość było skomplikowania, zanurzone są jeszcze w dwóch kontekstach. To, co zobaczymy, to element terapii przez sztukę dla obłąkanych pacjentów (motyw szaleństwa) oraz teatr w teatrze (szaleńcy na scenie odtwarzają wydarzenia 1793 roku).

Marat-Sade TEATR WIERSZALIN Supraśl

"Marat-Sade"

Dodając do tego wielofunkcyjną, ale niezwykle prostą scenografię Evy Farkasovej oraz wyczarowujące wiele postaci kostiumy, otrzymujemy spektakl pełen wzajemnych, ze strony różnych elementów teatralnych, dopełnień.

A jak gdyby tego było mało, warstwa tekstowa popycha nas meandrami różnych wydarzeń i opowieści ku starciu dwóch idei, dwóch kultów: tłumu i jednostki.

Idee Rewolucji Francuskiej były wyrazem wielowiekowego ucisku klas biedniejszych i żebraczych. Przewrót nie mógłby się udać, gdyby nie pęd prostego ludu, jego wola walki (destrukcji?). To "coś" mogło się udać jedynie w liczbie mnogiej. W spektaklu tłum to motłoch żądny zabawy, spragniony krwi, ślepo wyznaczający ofiary gilotyny. Odezwy, które Marat (Karol Smaczny) nieustannie pisze w wannie, mogłyby być wręcz niezrozumiałe dla tej bandy szaleńców jaką (dosłownie - obłąkani pacjenci i niedosłownie - ludzie głupi, popychadła) są.

Karolina Corday (Ewa Gajewska) - morderczyni przyjeżdża z prowincji do Paryża i oszałamia ją to wielkie miasto. Szybko widzimy, jak staje się ona marionetką, która wykona cudze dzieło zabójstwa własnymi rękami. Zatem powstaje pytanie, dla kogo i po co ta rewolucja? Dla tych ludzi, którymi widz wręcz pogardza?

To de Sade wzbudza nasz szacunek. Jest najspokojniejszym aktorem tej sztuki w sztuce, najbardziej opanowanym, a jego argumentacja rodzi respekt. Łatwość i lekkość, z jaką żyje, daje nam pewność, że koncepcja tego człowieka ma sens. Wybieramy wolność jednostki.
I właśnie w tym momencie otrzymujemy klapsa. Oto wariatka, która miała "zabić" Marata-wariata, nie trafia weń, a w pośladek de Sade'a. W następnej chwili widzimy go, jak z rozkoszą uderza się raz po raz w rzeczony pośladek. Urok idei pryska. Jest tylko czyste, jakże śmieszne w tym wydaniu, dążenie do przyjemności.

Inga Niedzielska
Teatralia Katowice
19 maja 2009

Teatr Wierszalin w Supraślu
Peter Weiss
"Marat-Sade"
przekład: Andrzej Wirth
reżyseria: Piotr Tomaszuk
scenografia: Eva Farkasova
muzyka: Piotr Nazaruk
obsada:
Pan de Sade - Rafał Gąsowski
Marat - Karol Smaczny
Jakub Roux - Dariusz Zakrzewski
Simona Evrard - Katarzyna Siergiej
Wywoływacz, Coulmiere - Dariusz Matys
Karolina Corday - Ewa Gajewska
Duperret - Maciej Owczarzak
Cucurucu - Paulina Karczewska
Kokol - Paulina Skłodowska
premiera: 28 listopada 2008 r.
Spektakl zaprezentowany w ramach XX Gliwickich Spotkań Teatralnych.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: | projekt i administracja strony: | projekt logo:
SITEMAP